[2002] Marriage Is a Crazy Thing

filmy z Korei
Awatar użytkownika
Snake
Grupa Trzymająca Władzę
Posty: 896
Rejestracja: 30 maja 2010

[2002] Marriage Is a Crazy Thing

Postautor: Snake » 23 cze 2011

Obrazek

inne tytuły: Gyeolhoneun michinjishida, Crazy Marriage
reżyseria: Ha Yu
scenariusz: Ha Yu
premiera: 26 kwietnia 2002 (Świat)
produkcja: Korea Południowa
gatunek: Dramat, Romans, Obyczajowy, Komedia
obsada: Jeong-hwa Eom , Woo-seong Kam ,Jeong-eun Lim, So-Jeong Kang , Ye-Ri Yun , Hyeon-kyeong Ryu , Won-sang Park


nagrody:
1 statuetka


linki:
http://www.imdb.com/title/tt0315930/" onclick="window.open(this.href);return false;
http://www.filmweb.pl/film/Gyeolhoneun+ ... 002-217717" onclick="window.open(this.href);return false;

trailer (trochę spojlerowy)




Tytuł filmu może mylić, to nie jest kolejna komedia romantyczna z Korei, a naprawdę udana i "mądra" produkcja.
Jestem winien opis, więc bardzo spłycając, chodzi o to, że Ona i On poznają się na randce w ciemno. Dogadują się świetnie, ale oboje szukają czego innego (Ona stabilizacji i bogatego partnera, On niekoniecznie), w efekcie historia miłosna przybierze bardzo ciekawy obrót.

Jeden z filmów, które smakują lepiej, gdy będzie się do nich wracało lub gdy spojrzy się na nie w ogólniejszy sposób.

Przewrotny, namiętny, uczuciowy film.

Nie jest co prawda komedią, ale poziom żartów jest najwyższych lotów. Głównie humor słowny, teksty jakie czasami sypią się z ust głównych bohaterów wyśmienite.

Najlepsza rola Jeong-hwa Eom jaką dotąd widziałem, debiutujący Woo-seong Kam niezbyt mnie przekonywał, ale było ok.

W sumie, znakomita produkcja, szkoda, że tak mało znana.

8/10


bonusowo, recenzja Arka Szpaka z blogu http://arekmabloga.blogspot.com/" onclick="window.open(this.href);return false; , wzięta z filmwebu

Lubię ten film, kilka dni temu obejrzałem go po raz trzeci. Z każdym kolejnym seansem lubię ten film coraz bardziej. Jest przewrotny, inteligentny, zabawny, trochę cyniczny, bardzo romantyczny. A ostatnia scena czyni z niego jedno z najładniej zakończonych "love story" jakie w ogóle kojarzę.

Zaczyna się standardowo. Chłopak poznaje dziewczynę. Jun-young i Yeon-he rozumieją się doskonale, w łóżku, w rozmowie, w rozmowie w łóżku, ale swoje miejsce w życiu widzą inaczej. Ona od początku nie ukrywa, że interesuje ją przede wszystkim stabilizacja, akceptowane i praktykowane przez ogół wygodne sformalizowane życie: rola żony, dobrze urządzony dom, dobrze zarabiający mąż... On nie jest najlepszym kandydatem na dobrze zarabiającego męża, nie tylko z powodów finansowych, również dlatego, że tego rodzaju szczęściem zainteresowany nie jest. Dziewczyna wyjdzie w końcu za kogoś innego, rano będzie przyrządzała swojemu mężowi śniadanie, potem zakupy, klup pływacki, przyrządzanie obiadu... Ale związku bohaterów to nie zakończy.

To, co w filmie Ha Yu zaskakuje w pierwszej kolejności, to sposób w jaki podchodzi się tu do tego, co społeczne i tego, co intymne. Bez tej opozycji nie istnieje żadna historia miłosna, bez dobrze zarysowanej - żadna dobra historia miłosna. Mężczyzna i kobieta, razem i osobno, podlegają zawsze pewnym rolom, te role pociągają za sobą następne, ale jak z to wszystkim co wspólne ich ilość jest ograniczona, a funkcje ściśle określone. To porządek społeczny nie intymny, więc romantycznie nie jest - na szczycie hierarchii znajdują się tu komfort, wygoda, prestiż, dobry samochód, takie rzeczy. Siłą 'Marriage is a Crazy Thing' jest, że jego twórca dostrzegając i, poprzez postawy swoich bohaterów, wyodrębniając opozycję społeczne-intymne, nie wartościuje. To co u mniejszych i większych demaskatorów życia społecznego było(by) oskarżycielskim dowodem na wpisane w społeczne związki zakłamanie, hipokryzję, konformizm, w tym skromnym filmie zostaje zaakceptowane. I dopiero jako takie przekroczone. Może dlatego, że reżyser patrzy na swoich bohaterów w sposób zbliżony do tego, w jaki oni patrzą na siebie nawzajem: z zrozumieniem i czułą ironią. A może dlatego, że "takie czasy nastały", obyczajowość się zmienia i kompromis, który niemożliwy był w rozgrywającej się w latach 50-ych zeszłorocznej 'Drodze do szczęścia', obecnie, gdy presja większości zdecydowanie mniejsza, już możliwy jest. A pewnie jedno i drugie. Nie znaczy to jeszcze, że ten kompromis jest niewątpliwy, będzie trudno, może się nawet nie uda, ale spróbować warto.

To bardzo przewrotny film. Pozornie dwuznaczny do szpiku kości, opowiadając o zdradzie małżeńskiej lekko, bez poczucia winy, w pewnym momencie okazuje się również pochwałą tego samego zjawiska, którego tak łatwo mógłby stać się krytyką. W jednej z ostatnich scen filmu Jun-young przeglądając album z zdjęciami robionymi i kolekcjonowanymi konsekwentnie przez jego kochankę, dostrzega, że układają się w historię małżeństwa, którym nigdy nie byli. A może byli w jakiś alternatywny sposób. Piękna scena. Jej niezwykły urok polega na tym, że wspominana wyżej opozycja przestaje być opozycją a staje się jednym, to co sformalizowane, co typowe odarte zostaje z trywialności: on i ona, w łóżku, w kuchni, jakieś pranie wiszące na sznurkach, obrazki, a patrzy się na to z wzruszeniem. W tym filmie nawet scena z zakochanymi nad morzem i zachodem słońca w tle nie wypada banalnie!

Jej konformizm, jego nonkonformizm, ostatecznie wszystko to tylko pewne formy, za którymi stoją ludzie z swoimi słabościami, oczekiwaniami. Dopiero z nich wyrastają postawy, które może nigdy nie są tylko tym czym wydają się być, kierująca się wygodą Yeon-he będzie się okazywać zaskakująca odważna i uparta w dążeniu do zatrzymania przy sobie ukochanej osoby; niezależność Jun-younga ma w sobie wiele z strachu przed odpowiedzialnością, nic nie jest jednoznaczne, cynizm, czułość, miłość współwystępują z sobą, układają w dziwną, mocną całość. Nic nie jest przesądzone: jeśli szczęścia we dwoje nie można znaleźć ani w jej świecie, ani w jego, to może należy poszukać tam gdzie te światy się spotykają. Gdzieś pośrodku.


Wróć do „K-movie”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość