Suzhou River (2000)

filmy z Kraju Środka, Hong Kongu i Tajwanu
Awatar użytkownika
Snake
Grupa Trzymająca Władzę
Posty: 896
Rejestracja: 30 maja 2010

Suzhou River (2000)

Postautor: Snake » 24 sie 2010

Obrazek

inny tytuł : Suzhou He
reżyseria: Ye Lou
scenariusz: Ye Lou
premiera: 25 maja 2001 (Polska) 29 stycznia 2000 (Świat)
produkcja: Chiny, Niemcy
gatunek: Melodramat
obsada: Xun Zhou, Zhongkai Hua, Hongshen Jia


opis+recenzja


zgadzam się w zupełności z poniższą recenzją zamieszczoną przez użytkownika "mrowiec" na stronie azjamania.pl ; cytuję :

"Każdy Chińczyk wie, że przez Szanghaj przepływa rzeka Suzhou. Ma ona swoje źródło w małym mieście Suzhou, niedaleko Szanghaju. To bardzo brudna rzeka. Budynki na jej brzegach są stare i zniszczone, jednak dla mnie, wychowanego w Szanghaju, ta rzeka wiele znaczy. Jest źródłem życia Szanghaju. Ma długą historię. Na jej brzegach żyją zwyczajni ludzie. Można tam zobaczyć prawdziwe życie, nie ma tam niczego sztucznego ".*

Głównym bohaterem filmu jest widz. To oglądający film rozmawia z ludźmi, dotyka ukochanej Meimei i choć czasem zrobi coś, czego wydaje mu się, że by nie zrobił to jednak nie ma pewności jakby postąpił w takiej sytuacji, w jakiej się znajdzie podczas seansu. Widz snuje opowieść, którą sobie powoli przypomina, dostawia pewne fakty. Opowieść, która potem w realny sposób wpłynie na jego życie. Opowieść o Mardarze, szukającym ukochanej Moudan.

Historia Mardara zajmuje prawie cały film, a nasze filmowe alter-ego, mimo, że niezbyt często znajduje się w centrum wydarzeń odgrywa kluczową rolę. Czemu tak jest i czemu napisałem, że to widz jest głównym bohaterem? Akcję widzimy z oczu tegoż bohatera, które stają się naszymi oczyma, a jego myśli stają się naszymi (niemal doskonała depersonalizacja). Nie ma już Ciebie czy mnie, jest tylko "ty" lub "ja" z filmu, film kieruje naszymi poczynaniami. **

Tytułowa rzeka jest wykorzystana jako metafora życia, od razu podczas wstępu do filmu dowiadujemy się, że z dnia na dzień owo życie staje się coraz bardziej brudne, choć i tak nikt nie pamięta, żeby kiedyś było czyste. Wokół niego można zobaczyć miłość, przyjaźń, ale nie brakuje cierpienia i śmierci. Czasem też w rzece pojawi się coś niezwykłego, zaraz potem jednak znika, a rzeka mknie dalej. Nawet, jeśli nie tego szybko, to nieubłaganie, snując kolejne opowieści.

W filmie pojawia się, więc miłość, kłamstwo, zemsta, śmierć, kradzież i samotność. Bohaterowie żyją bez celu i w gruncie rzeczy bez nadzieji. Z oczywistych przyczyn nie będę opisywał emocji i uczuć bohaterów, bowiem wiążą się one z fabułą filmu, zdradziłbym w ten sposób historię, którą każdy powinien zgłębić sam, jest tego warta.

Technicznie film przypomina mi to, co w swych dziełach robi Kar Wai Wong, z tym, że kamera u Wonga pracuje lepiej i emocji też jest więcej. Nie żeby ?Suzhou river? był wyprany z uczuć, co to, to nie. Smutny, melancholijny, znakomicie opowiedziany, taki jest ten film, Kar Wai jest po prostu lepszy, rzekłbym niedościgniony.

Kamera jest wśród ludzi, nie boi się częstych zbliżeń, pokazania bólu czy szczęścia, czasem zadrży czy też się głałtownie obróci ? tak jak życie, o którym przecież opowiada.
Bardzo podobała mi się muzyka, w większości melancholijna, co jakiś czas zmieniająca się w mocną, ?ciężką? nieczym w horrorze czy dreszczowcu. Aktorzy zagrali tak jak powinni. Nie mam im nic do zarzucenia.

Podsumowując, wspomnę jeszcze, ze film oglądałem o godzinie 3.00 nad ranem i ani przez chwilę nie czułem znużenia czy senności mimo melancholijnego nastroju, jaki mu towarzyszy.

?Suzhou river? to dramat opowiadający jedną z wielu historii życia, która plącze się wśród innych. Historii na swój sposób wyjątkowej. Dramat o miłości, której każdy niemal szuka, ale ci, co szukają nie zawsze muszą na nią trafić. Bardzo dobry, choć jeszcze nie wspaniały film o życiu, które sunie dalej - nawet, gdy czas projekcji się już skończy.

-------------
* słowa Lou Ye ? reżysera filmu.
** być może moje odczucia są odmienne od wrażeń innych ludzi, nie chcę narzucać żadnej interpretacji filmu ? recenzja jest przecież subiektywnym zdaniem recenzenta."



linki:

http://azjamania.pl/film.php?Id=696
http://www.filmweb.pl/film/Suzhou-2000-30387 (nie polecam czytania opisu)
http://www.imdb.com/title/tt0234837/

ode mnie
Film jest kapitalny pod względem narracji, fabuły i stylu opowieści. Jeżeli lubicie Kar Wai Wonga (np. Chungking Express) to gorąco polecam.

W filmie jest również polski akcent - Żubrówka, która odgrywa niemałą rolę w opowieści.

polecam 8/10


Awatar użytkownika
daydreamer4
Doramowy maniak
Posty: 1597
Rejestracja: 19 paź 2008
Kontaktowanie:

Re: Suzhou River (2000)

Postautor: daydreamer4 » 24 sie 2010

Aaaaach!!

Oglądałam ten film, naprawdę parę dobrych lat temu, jeszcze na Ale Kino! kiedy w czwartki zawsze emitowali azjatyckie kino (kiedy to było?!) Film ma dla mnie oprócz walorów estetycznych, także sporą wartość emocjonalną. Tak, tak to te moje ambitne początki^^ Nie pamiętam niestety dokładnie fabuły, po za oczywiście mistrzowskim przedstawianiem emocji i przenikaniem się obu historii miłosnych Moudan i Mardara oraz Mei Mei i narratora. Ich historia jest smutna, melancholijna ale piękna, pomimo tego całego brudu - tak jak życie. Akcja rozwija się niespiesznie, ale nie o nią tutaj chodzi, pełno w tym filmie emocji i dlatego się nie nudzi. Ale ile razy już się coś takiego powtórzyło? W każdym ambitniejszym filmie mamy miłość, samotność, i jako ze to gatunek noir to mamy tez bagienko ludzkiego życia, ale wplatanie w to wszystko wątku rzeki, jako nieoderwalnego elementu nadaje filmowi właśnie właśnie charakter i nieodparty urok.

Nie wiem czy porównanie do Wong Kar Waia jest takie szczęśliwe ;) Oczywiście WKW to niekwestionowany mistrz i pewnie dlatego każdy lepszy film będzie z nim porównywany. Ale nie chodzi tylko o pracę kamery, Suzhou River jest jakby bardziej szorstkie, brudnejsze. To twardy świat w którym popija się żubrówkę z gwinta ^^ Gdzie tu miejsce na elegancję charakterystyczną dla WKW? Ale zgadzam sie, film pozostawia po sobie podobną zadumę i tęsknotę w sercu jaką odczuwa sie przy filmach Wonga. Powiem szczerze, że widziałam ten film jeszcze chyba przed odkryciem WKW i może dlatego takie porównanie wzbudza we mnie sprzeczne emocje.

Zdecydowanie muszę siebie tą pozycje odświeżyć i to była miła niespodzianka przeczytac o tym na doki ;) Prawie zapomniałam o nim. Dzięki Snake. I tak mi przypomniałeś o kilku innych starych perełkach (głównie chińskich), ciekawa jestem czy twój następny temat, znowu mnie czymś nie ujmie ; )
Obrazek
Awatar użytkownika
Snake
Grupa Trzymająca Władzę
Posty: 896
Rejestracja: 30 maja 2010

Re: Suzhou River (2000)

Postautor: Snake » 25 sie 2010

Cieszę się Daydreamer ;)
To jeszcze może dodam parę słów od siebie.

Suzhou River ma wg. mnie jeden z najznakomitszych sposobów narracji i ogólnie pomysłu na prowadzenie fabuły filmu (czy w ogóle koncepcję) . To nie jest kolejny film, gdzie widz ogląda sobie przedstawioną historię - lecz prawie interaktywna opowieść (podkreślam słowo opowieść), w której płynie się razem z tą metaforyczną rzeką i tysiącami ludzkich historii. I to wszystko bardzo pięknie czuć przez cały czas. (jedna z postaci mówi coś takiego "takie historie zdarzają się tylko w filmach o miłości" - w filmowym, określonym kontekście te słowa są bardzo sugestywne). Co więcej, sama fabuła nabiera rumieńców wraz z czasem i ja dla przykładu, nie byłem pewny niczego w końcówce.

Ujęcia są specyficzne, kręcone z ręki i dzięki nim ten film ma klimat. Rzeczywiście u Wong Kar Waia jest nieco inaczej, może jego obrazy ogląda się przyjemniej, lżej, są bardziej kolorowe i dostojne, ale w Suzhou River miałem wrażenie, że jestem tam w Szanghaju, albo przynajmniej mam jasny obraz jak tam jest. (a głowa nie boli od trzęsącej się kamery, ten efekt jest dozowany z umiarem :) ) Może wydaje się, że kamera z ręki i takie niedbałe latanie nią nie jest zbyt wyrafinowane, czy przyjemne do oglądania, ale jak dla mnie to świetne rozwiązanie, jeżeli jest zastosowane umiejętnie. A w tym filmie było. Nie jest łatwo sprawić, aby takie ujęcia miały ręce i nogi, ale za sprawą kapitalnego montażu (montaż to kolejny wielki atut tego filmu), zbliżeń i łączenia z innymi ujęciami , finalny efekt jest bardzo dobry i niezmiernie mi się podobał. Takie ukazywanie świata, niby wycinkowe, ograniczone, mi mówiło bardzo wiele i wyrażało zdecydowanie więcej, niż gdyby tam miały być statyczne ujęcia.

Poleciłem sympatykom Wong Kar Waia, z tego względu, że sporo osób go lubi, a Suzhou River także cechuje spora dawka artyzmu, symboliki, oryginalności w opowieści, nietypowej kreacji rzeczywistości i magii. Różnice są duże, ale ciężko mi było Suzhou River porównać do czegoś innego, zwłaszcza chińskiego/hk . Jest to jednak film bardzo dobry i chciałem zachęcić do oglądania, a nie spodziewałem się, że ktoś tu odpisze ;)

Mnóstwo uczuć, symboliki (już nie będę pisał jakich konkretnie, ale to jest dobry film do przeżywania i "czucia"), ciekawych scen (np. scena z odbieraniem pieniędzy - a zwłaszcza jej długość i "pociągnięcie" wątku, czy rozmowa u fryzjera). Ja na pewno obejrzę kiedyś jeszcze raz.

Edit: A obejrzałem film, aby była jakaś odskocznia od Korei i Japonii, ale Chińczycy naprawdę są warci uwagi. Może nie mają dobrych warunków do kręcenia (reżyser Suzhou River miał dwuletni zakaz kręcenia, jako kara za wystawienie filmu na europejskim festiwalu), ale talentów u nich niewątpliwie nie brakuje.
Daydreamer, jeśli znasz jeszcze jakieś inne ciekawe, zapomniane dobre chińskie filmy, mogłabyś polecić mi parę tytułów (poza Kar Waiem) ?(może być na PW), bo chyba kino chińskie/hk cieszy się trochę mniejszą popularnością niż chociażby japońskie.
Awatar użytkownika
Lily
Oglądam regularnie xD
Posty: 226
Rejestracja: 04 mar 2011

Re: Suzhou River (2000)

Postautor: Lily » 29 paź 2011

Oglądałam ten film kilka ładnych lat temu (leciał gdzieś w tv), zanim jeszcze zaczęła się moja przygoda z azjamanią i ogólnie moje pojęcie o Azji było w ogóle bardzo małe. Wtedy film nie podobał mi się wcale ;) Niedawno sięgnęłam po niego raz jeszcze, już jako świadomy "azjamaniak" i jednak to niesamowite jak wiele w naszym spojrzeniu na filmy/książki itp zmienia czas, bo przy drugim obejrzeniu po latach film mnie urzekł. I zrobił to w zupełnie inny sposób, niż zazwyczaj inne filmy, bo tu nie ma żadnych pięknych widoczków ani kolorowych obrazków, jest syf, bida z nędzą i brudna rzeka wokół której toczy się całe życie. Tutaj urzeka coś takiego niewidocznego, taki mętny klimat i mistycyzm. Podoba mi się inny sposób narracji, podoba mi się też to, że w filmie nie ma żadnych prób "upięknienia" rzeczywistości, wszystko jest realne, realny jest syf i cała ta reszta o której już wspominałam. I ta miłość, która rozgrywa się w tych odrapanych norach też jakoś wydaje się bardziej rzeczywista niż historyjki z komedii romantycznych. Tu mamy prawdziwe życie, szarość codzienności i walkę o przetrwanie w wielkim mieście, pełnym biedy i brudu (chociażby syrenka-gwiazda mieszkająca w starym dźwigu...). Ten realizm jest wielkim atutem filmu, czego jak czego, ale najbardziej w nie znoszę przekoloryzowania, upiększania na siłę, przekłamywania rzeczywistości. Dlatego zawsze śmieszył mnie sposób w jaki pokazywano np Warszawę w polskich serialach, szczególnie tych z TVNu, tam było to zawsze przepiękne, nowoczesne i czyste miasto, kilka ujęć na wysokie budynki w centrum, jakiś zielony park i już widz ma wrażenie, że nasza stolica jest taka piękna... bolesne zderzenie z rzeczywistościa nastepuje jednak gdy wysiada się na centralnym :rolly: w tym filmie można by też pięknie pokazać Shanghaj, dodać kilka ujęć na Shanghai Bund (najlepiej w nocy, żeby nie było widać smogu tylko ładne kolorowe światełka), tylko po co? Po co upiększać na siłę? Co ciekawe, Shanghai Bund faktycznie pojawia się w filmie, ale jest tłem dla otoczenia rzeki i w ten sposób pokazuje jeszcze bardziej kontrast tego miejsca, kontrast szarej rzeczywistości z widoczkami z pocztówek. To mi się bardzo podobało.

Co do sposobu w jaki nakręcono "Suzhou river" (ta "latająca" kamera) to z jednej strony dodaje mu to uroku i większego autentyzmu, ale jakoś nigdy nie przepadałam za tego typu techniką z prostego i bardzo prozaicznego powodu: oglądanie tak zrobionych filmów strasznie męczy wzrok :rolly: ale oczywiście, jest to zabieg, który czasem bardzo zasadnie pojawia się i tutaj również tak było, więc nawet nie uznam tego za minus. No i oczywiście polski akcent, który odgrywa tu naprawdę ważną rolę :rolly: Co do samej fabuły to przyznam, że niemalże do samego końca byłam przekonana, że "pani syrenka" jest naprawdę tą kobietą, której poszukuje Mardar, tylko po prostu udaje przed nim, że nią nie jest, bo nadal ma do niego żal i nie chce wracać do tego co było. Dlatego udawanie było dla niej wygodniejsze. Na końcu okazuje się jednak, że jest inaczej. Jedyne czego mi zabrakło to choćby jednej sceny pokazującej ich spotkanie po latach, po widzimy kiedy się spotykają w sklepie, a potem już tylko ich zwłoki wyłowione z rzeki. Szkoda, że nie dano widzowi zobaczyć choćby krótkiej ich rozmowy, tego co mieli sobie do powiedzenia po tym czasie. Choć z drugiej strony to kolejna rzecz, która dodaje filmowi mistycyzmu, widz musi sobie sam wyobrazić jak to wyglądało...

Naprawdę dobry, ale też wcale nie łatwy film. Wolałabym aby w Chinach powstawało więcej takich obrazów, zamiast ciągle tych boleśnie oklepanych (i coraz bardziej szmirowatych) historycznych produkcji... No ale wiadomo, co jest bardziej opłacalne, niestety.
8/10

Wróć do „C-movie”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości