The Most Distant Course (2007)

filmy z Kraju Środka, Hong Kongu i Tajwanu
Awatar użytkownika
Lily
Oglądam regularnie xD
Posty: 226
Rejestracja: 04 mar 2011

The Most Distant Course (2007)

Postautor: Lily » 02 kwie 2011

The Most Distant Course (2007)

Obrazek

Obrazek


Produkcja: Tajwan
Reżyseria: Jing-Jie Lin
Obsada: Lunmei Kwai, Tz-yi Mo, Siao-guo Jia
Gatunek: Dramat
Czas trwania: 113 min
Język: mandaryński

Trailer:
" onclick="window.open(this.href);return false;

Opis:
Yun przeprowadza się do nowego mieszkania. W skrzynce na listy ciągle znajduje przesyłki do poprzedniego mieszkańca. Z nadzieją na odnalezienie adresu zwrotnego otwiera jedną kopertę, jednak w środku znajduje tylko kasetę magnetofonową.
Tang jest dźwiękowcem. Jest zrozpaczony po odejściu jego ukochanej i wkrótce traci pracę. Wyjeżdża w podróż wzdłuż wybrzeża Tajwanu i nagrywa dźwięki przyrody by stworzyć nagranie zatytułowane "Sounds of Formosa".
Tsai jest psychiatrą w średnim wieku. Wkrótce się rozwodzi i jest zgorzkniały, ma dosyć problemów swoich pacjentów. Decyduje się na spontaniczny wyjazd na wybrzeże, do Taitung.


Od siebie:
Powyższy opis celowo zrobiłam taki bardzo niewiele mówiący, aby nie zepsuć oglądania potencjalnym widzom. Oczywiście, te trzy historie łączą się później na różne sposoby, ale właśnie tych sposobów nie chciałabym zdradzać, aby nie robić spoilerów.
Film jest bardzo nastrojowy, nostalgiczny. Ma w sobie elementy kina drogi, jest podróż, wędrówka, poszukiwanie i oczekiwanie. Jeden z bohaterów jedzie by zapomnieć utraconą miłość, a w gruncie rzeczy robi wszystko, by jej nie zapomnieć. Dziewczyna jedzie aby odnaleźć dźwięki, a tymczasem znajduje coś jeszcze. Ich losy wzajemnie na siebie oddziałują i przeplatają się. Każdy z bohaterów szuka ukojenia i harmonii, mimo, że każdy ma inne doświadczenia. Piękne krajobrazy i dźwięki (a one są szczególnie ważne w tym filmie). Kilka niegłupich wniosków życiowych ("'także psychiatrom zdarzają się takie gówniane historie" ;)).
Jedynym minusem dla mnie były trochę nużące niektóre momenty. Oczywiście jest to kwestia indywidualna, każdy widz postrzega to inaczej. Mnie to absolutnie nie odstrasza, bo lubię filmy w których pozornie nic się nie dzieje i które wiele ludzi określa mianem nudnych. Ten do takich na pewno nie należał, ale myślę, że niektóre sceny można było skrócić np o minutkę czy pół. Ale oprócz tej małej uwagi nie mogę temu filmowi nic zarzucić. Bardzo refleksyjny, spokojny i taki... poetycki :)
9/10


Awatar użytkownika
Snake
Grupa Trzymająca Władzę
Posty: 897
Rejestracja: 30 maja 2010

Re: The Most Distant Course (2007)

Postautor: Snake » 02 kwie 2011

Chyba nie będą spojlerem słowa z końcowej piosenki, ale w razie czego chowam : trzeba pokonać najdłuższą trasę, aby być najbliżej siebie -> taki mniej więcej w wolnym tłumaczeniu jest sens słów piosenki podsumowującej ten dramat.

Bardzo wolny, nastrojowy, odprężający film z muzycznym motywem w tle. Podobały mi się sceny kręcone długimi ujęciami, akurat nie uważam, żeby ich skracanie było potrzebne, bo w oryginale m.in. to właśnie tworzy piękno tego filmu i daje do myślenia.

Sylwetki dziewczyny, czy psychologa są naprawdę interesujące, miło śledzi się ich losy.

Ogólnie zgadzam się z tym co napisałaś, film jest poetycki.

Jednak jestem bardzo ostrożny w polecaniu go komukolwiek (m.in. dlatego nie założyłem wątku), bo raczej mało kto ogląda tak wolne i z pozoru nudne dramaty (a będąc zmęczonym/sennym nie ma sensu do niego podchodzić)

Bardzo dobry (7+)

PS. Możesz w obsadzie podlinkować Lunmei Kwai, ma wątek na doki ;)
Awatar użytkownika
boom_boom
już nie Lady
Posty: 2352
Rejestracja: 05 sie 2009
Lokalizacja: Las pelen DRZEW

Re: The Most Distant Course (2007)

Postautor: boom_boom » 22 kwie 2011

Snake pisze:raczej mało kto ogląda tak wolne i z pozoru nudne dramaty (a będąc zmęczonym/sennym nie ma sensu do niego podchodzić)

Ufff!!! Oglądałam w południe!!! :)

I muszę powiedzieć, że czuję się oczarowana.

Jest wiele aspektów, dla których tak bardzo ten film kocham.

Jednym z nich jest taka ciepła, ciekawa, intrygująca atmosfera. Może ja zobrazuję...
Obrazek
Spokój, spokój, nic się nie dzieje, a tu nagle BĘC! Jakie to CUDOWNE!

Może to jakieś osobiste uwarunkowania po prostu, że tak mi to pasowało.
Że bez słowa przechodzi się od kopulacji wiewiórek do kopulacji ludzi.
Że gramy w role, w łóżku i zaimprowizowanym spontanicznie gabinecie psychologa.
Że przyjaźnimy się, a nie wiemy, jak ktoś wygląda.
To jest takie... ładne!

Ładny i przemyślany jest zresztą cały film. Wzór na bluzce pasuje do koloru ściany, a płomienie ognia do wyrazu oczu bohatera.

I teraz nie wiem... Tak naprawdę ten film jest o wszystkim... Więc mógłby być i o niczym. Ale dla mnie jest mądry. Co prawda to kolejny film, który bardzo mi się podobał, ale nie zmieni mojego życia, ale jednak... Dobrze tak się nieraz zastanowić.
Czy słyszymy w ogóle to, co najpiękniejsze?
Czemu nie widzimy, jak bardzo świat jest piękny?
Czemu nagrywamy sobą na kasetę naszego życia jakieś nieprzyzwoite i niegodziwe uczynki, rozmowy, szepty?
Czy umiałabym tak rzucić wszystko, żeby tylko być bliżej świata, bliżej życia?
Ile ja tak naprawdę przeżyję pięknego w życiu?

A poza tym to zakończenie... Cóż, małe żuczki z nas, a chcemy rządzić światem.
A światem powinny rządzić wiewiórki, szum morza i korony drzew.
Obrazek

Wróć do „C-movie”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość