The Longest Night in Shanghai (2007)

filmy z Kraju Środka, Hong Kongu i Tajwanu
Awatar użytkownika
Lily
Oglądam regularnie xD
Posty: 226
Rejestracja: 04 mar 2011

The Longest Night in Shanghai (2007)

Postautor: Lily » 03 lip 2011

The Longest Night in Shanghai (2007)


Obrazek


Obrazek



Reżyseria: Yibai Zhang
Obsada: Wei Zhao, Masahiro Motoki, Li Feng, Dylan Kuo
Gatunek: Romans, dramat, troszkę komedii
Produkcja: Chiny, Japonia
Język: manadaryński, japoński, kantoński, angielski
Czas trwania: 110 min


Trailer:
" onclick="window.open(this.href);return false;

Opis:
Japończyk Naoki Mizushima jest makijażystą i wraz z współpracownikami przyjeżdża do Szaghaju aby współpracować przy pokazie mody. Mizushima po pokazie wybiera się na przechadzkę, która niestety kończy się tym, że się gubi. Nie zna miejscowego języka, nie ma przy sobie żadnych pieniędzy. Tak oto zaczyna się jego długa noc w Szanghaju, która owocować w będzie w wiele niespodzinek.

Od siebie:
Jestem świeżo po obejrzeniu filmu i przyznaję szczerze: jestem absolutnie urzeczona. Bo niby nie jest to nic nadzwyczajnego, ot taki prosty film, żadnych fajerwerków, ale jednak obudził we mnie takie emocje jak kilka moich innych ulubionych filmów azajtyckich. Film jest naprawdę piekny, przynajmniej w moim odczuciu. Mam świdomość tego, ze zapewne wiele osób powie, że to film zupełnie przeciętny, nic specjalnego. Ale ja naprawdę jestem oczarowana. A co tak właściwie mnie oczarowało? Klimat, emocje, naturalność... Nie znoszę nadętych romansideł, za to bardzo lubię gdy miłość w filmach ukazana jest jakoś tak "z boku", kiedy nie robi się z niej głównej "gwiazdy" filmu, kiedy jest naturalna, nienachalna. I tutaj tak właśnie było. Bo w zasadzie to prawie nic nie zostalo powiedziane jednoznacznie. W filmie mamy kilka historii, jedna przewodnia i kilka pobocznych, oddzielne choć połączone historie różnych ludzi. Każda z tych osób inaczej spędza swoją "najdłuższą noc w Szanghaju", każda przeżywa coś na swój sposób wyjątkowego, mimo, że toż to przecież nasza zwykła ludzka codzienność.
Bardzo udana główna bohaterka, roztrzepana i narwana, ale jednoczesnie bardzo sympatyczna, od początku wzbudziła moją sympatią. Lubię takie "kobiety z jajami" (moim zdaniem jest niesamowicie podobna do Lily Allen). Drugi główny bohater na początku wydawał mi się nadętym bucem, ale z czasem okazuje ludzką twarz i można go polubić. Postacie poboczne może pozornie nieistotnie, ale bez nich jednak film nie byłby ten sam, oni stworzyli bardzo dobre tło dla wątku głównego. Wszyscy inni, a jednak wszyscy mający te same problemy, rozterki, przemyślenia.
Było też niestety kilka takich małych bzdur, które można bylo sobie darowac i jakoś tak strasznie zajeżdżaly mi humorem i motywami z amerykańskich komedii romantycznych (a to jest najgorszy gatunek jaki ta ziemia nosiła!) Np Spoiler! chociażby cała ulica w szmince...nie wiem ile kartonów szminek musieli by miec by wszystko tak wymazać ;) a przeciez mieli ich tylko kilka. To na pewno mozna było sobie darować, ale to w sumie tylko kilka krótkich scen, które absolutnie nie psują całości.Muzyka też ok, mimo, że nie był to taki klasyczny sountrack instrumentalny tylko "zwykle" piosenki z tekstem i to jeszcze po angielsku (a myślę, że jednak chiński byłby lepszy), ale jakoś to wszystko ładnie pasowało do obrazu. Kilka scen trzepnęło mnie mocno, np Spoiler! scena gdy Lin Xi wyznaje miłość Tong Tong. W środku nocy, w bocznej ulicy, do tego jeszcze przy "świadku", akurat po naprawieniu samochodu i tuż na dzień przed ślubem ona wyskakuje z wyznaniem miłosnym po japońsku, którego on nawet nie rozumie ;) ale to było właśnie takie...piękne. Ja nie wiem, mam takie zboczenie, że jakoś zawsze w filmach czy książkach bardziej przemawiają do mnie miłości nieudane i niespełnione, niż piękne happy endy. I to jej zawiedzione spojrzenie, świadomość, że juz nic nie może zrobic, że w zasadzie to cały świat zdaje się kończyć, ten smutek na twarzy tej biednej dziewczyny jakoś naprawdę porusza mnie mocniej niż inne "największe i najlepsze" sceny miłosne. Naprawdę ta scena mnie zmiażdżyła, juz wtedy wiedziałam, że film trafi do moich ulubionych, mimo, że nie znanałam jeszcze zakończenia. A właśnie co do zakończenia... to co lubię najbardziej, czyli zakończenie otwarte. Tutaj jednak jakoś daje się wyczuć tą nutkę optymizmu, której nie było w "Su mi ma sen,love" a to film oparty na podobnym motywie. Tam wedlug mnie, mimo również otwartego zakończenia nie miałam wątpliwości, że ta dwójka juz nigdy się nie spotka. Tutaj tej pewności nie ma. A słowa wypowiedziane na samym końcu grają naprawdę ważną rolę w tym filmie ;)


Awatar użytkownika
boom_boom
już nie Lady
Posty: 2352
Rejestracja: 05 sie 2009
Lokalizacja: Las pelen DRZEW

Re: The Longest Night in Shanghai (2007)

Postautor: boom_boom » 05 lip 2011

Jakie to było piękne!!!!!!!!!!!!!!!!!! *_____________*

Nie zgadzam się, że bez fajerwerków! No dobra, bez :P Ale te neony i światła na ulicach wystarczyło za wszystkie fajerwerki. Musze powiedzieć, że same te widoki przyprawiały mnie o drżenie i o błysk w oku. Niesamowite to wszystko było.

I mamy noc, mamy ciemność. Bo nie wszystko widać. Trzeba podejść bliżej. A nawet nie przyjrzeć się. Trzeba POCZUĆ. Po prostu genialny jest ten film, aż ciężko mi coś o nim napisać, bo jego piękno rozbija się o pachnącą w powietrzu atmosferę, której nie da się tak łatwo wyrazić słowami. Niemniej wszystko tu było tak dobrze pomyślane- i zderzak, i rozczochrane włosy, i biała suknia na ślub, i kolczyki... Ten film się składa z takich małych bzdurek. I w tych bzdurkach cała magia. Bo też jestem zaczarowana. I nawet niemal biała pomadka wyglądała dla mnie ŁADNIE.

Ten film... On był taki zmysłowy... Moim zdaniem zwyczajne zaplecenie sterczącego warkoczyka z pięciu włosków na krzyż było bardziej wymowne niż jakakolwiek scena łóżkowa. Różowa rozciągnięta bluza wyglądała ładniej niż garnitur Armaniego. I nawet deszcz nigdy nie był tak piękny. On się jakby mienił....! Nie wiem, pewnie mówię głupoty, po prostu to był dla mnie piękny i wszystko było przez to idealne.

Sam motyw z wymieszaniem języków też był uroczy. Jednocześnie było to absurdalne, wzruszające, przejmujące i śmieszne... Bo jak się dogadywali przez brata to było takie zabawne!

Jeszcze muszę mówić, że moje oczy w trakcie oglądania tego filmu wyglądały jak dwa brylanty?
...
Miłość, miłość, miłość!!!!!!!!!!!

A poza tym główna aktorka jest tak śliczna, że chyba ją sobie ustawię na tapecie w telefonie.
Obrazek
Awatar użytkownika
Snake
Grupa Trzymająca Władzę
Posty: 896
Rejestracja: 30 maja 2010

Re: The Longest Night in Shanghai (2007)

Postautor: Snake » 03 lut 2014

Ten film to jedna, wielka, brzydka komedia romantyczna. Jest w niej zatrważająco dużo naiwnych, nierzadko żenujących scenek (głównie wszystkie postacie poboczne) oraz marnie wykorzystanego potencjału na fajną historię miłosną między bohaterami. Od czasu do czasu udaje się reżyserowi złapać klimat dobrej opowieści, ale szybko ulatnia się on, gdy film przypomina, że jest prostą komedią romantyczną z naciąganą fabułą i iluzją głębi psychologicznej bohaterów.

Lily pisze: Kilka scen trzepnęło mnie mocno, np Spoiler! scena gdy Lin Xi wyznaje miłość Tong Tong. W środku nocy, w bocznej ulicy, do tego jeszcze przy "świadku", akurat po naprawieniu samochodu i tuż na dzień przed ślubem ona wyskakuje z wyznaniem miłosnym po japońsku, którego on nawet nie rozumie ;)


Spoiler! Pomijając to naciągane "naprawianie" to w poprzednim filmie tego reżysera (który widziałaś), w jego segmencie w Lian Ai Di Tu jest bardzo podobna sytuacja. No, ale zgodzę się, że tutaj scenka też była ładna, parę takich w tym filmie się uzbierało.

W ogóle tematycznie (czyli romans między Azjatami z barierami językowymi) zdecydowanie lepszą propozycją jest film Lian Ai Di Tu z 2005 roku. Są to trzy opowieści, od trzech reżyserów. Pierwsza stoi mniej więcej na poziomie tego filmu, za to dwie pozostałe to bardzo sympatyczne, nienaiwne, urocze i bezpretensjonalne wycinki historii miłosnych - czyli dokładne zaprzeczenie The Longest Night in Shanghai.

Reżysera stać na dobre filmy, ale widocznie wtedy, gdy rąk nie związuje mu konwencja. Yibai Zhang nakręcił też w 2011 roku Jiang Ai - komedię romantyczną będącą remakiem starej tajwańskiej dramy (którą sam kiedyś kręcił :P) i film cierpi na podobne przypadłości co The Longest Night, więc nie polecam. Z kolei arthouse'owe love story Spring Subway ( cmovie/topic2820.html" onclick="window.open(this.href);return false; ) to jeden z moich ulubionych romansów, więc nie porzucam wiary w tego gościa i chętnie jeszcze coś kiedyś obejrzę.

A dla filmu z wątku: 4+/10
Awatar użytkownika
Lily
Oglądam regularnie xD
Posty: 226
Rejestracja: 04 mar 2011

Re: The Longest Night in Shanghai (2007)

Postautor: Lily » 04 lut 2014

Z jednym się zgodzę: historie poboczne były czerstwe i spokojnie można było je ukrócić najbidniej o połowę. Poza tym ja bym nie nazwała tego filmu komedią romantyczną. Było tam parę momentów, które można by pod to podciągnąć, ale całość jakoś zupełnie mi do tego nie pasuje.
Reszta to bzdury, nie słuchajcie Snejka, film jest fajny :D Nie jest to jakieś super ambitne i przeintelektualizowane arcydzieło, ale ogląda się bardzo przyjemnie.

Wróć do „C-movie”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość