Cape No. 7 (2008)

filmy z Kraju Środka, Hong Kongu i Tajwanu
Awatar użytkownika
Lily
Oglądam regularnie xD
Posty: 226
Rejestracja: 04 mar 2011

Cape No. 7 (2008)

Postautor: Lily » 03 paź 2011

Cape No. 7 (2008)

Obrazek

Obrazek


Reżyseria: Te-Sheng Wei
Obsada: Van Fan, Chie Tanaka, Kousuke Atari, Rachel Liang, Johnny C.J. Lin
Produkcja: Tajwan
Gatunek: komediodramat
Czas trwania: 2 h 9 min
Język: mandaryński, hokkien, japoński

Trailer:
" onclick="window.open(this.href);return false;

Opis: (z filmweb.pl)
Sfrustrowany wokalista Aga wraca do Hengchun, a Tomoko jest japońską modelką której przypisano stworzenie lokalnego 'rozgrzewającego' zespołu, który miałby zagrać na koncercie na plaży przed sławną japońską gwiazdą. Razem z innymi pięcioma zwykłymi mieszkańcami Hengchun, którzy nie przypuszczali, że kiedyś będą wspaniali i niesamowici, formują niesamowita kapelę.

Od siebie:
Jest to najbardziej kasowy film w hisotrii tajwańskiego kina. Zastanawia mnie jednak trochę jego fenomen, bo moim zdaniem film jest raczej średni. Nie można powiedzieć, że jest zły, ale do rewelacji też daleko.
Jeśli ktoś liczył na łzawy melodramat (co może sugerować plakat), to bardzo się pomyli, bo romansu jest tu bardzo niewiele. Jest to całkiem sympatyczna historia, ale uważam, że filmowi zabrakło takiego przysłowiowego jaja. Główne postacie są bardzo nijakie, bo oprócz tego że zarówno i facet i babka są cały czas obrażeni na cały świat, to trudno o nich cokolwiek innego powiedzieć. Ich romans zajmuje również zaledwie mały ułamek filmu, a sposób w jaki został przedstawiony, jakoś do mnie nie przemawia, bo najpierw się nienawidzą, a zaraz jest już "wielka miłość". Jakieś takie sztuczne to wyszło. Za to bardzo udane były postacie drugoplanowe. Absolutnie rewelacyjny emerytowany listonosz i natrętny aczkolwiek sympatyczny akwizytor, to bardzo wyraziste postacie, które nadają charakter temu filmowi. Bez nich byłoby już całkiem nudno.
Współczesna historia jest poprzeplatana historią miłosną sprzed 60 lat, która jest opowiadana poprzez listy. I te własnie fragmenty są nacechowane stylem znanym ze starych melodramatów. Sama nie wiem czy to można uznać za plus filmu, czy za minus, bo na pewno było to ciekawe urozmaicenie, ale z drugiej strony jakoś nie bardzo tam pasuje. Uważam też, że potraktowano ten temat zbyt powierzchownie, bo nie dowiedujemy się w zasadzie niczego o tej dwójce (a najbardziej już chyba bolało to, że nie pokazano jak ta kobieta reguje na listy otrzymane po 60 latach).
Ogólnie film nie jest zły, ale czegoś zabrakło. Na pewno kuleją mocno główne postacie, którym zupełnie brak charakteru. I jest też odrobinę za długi. Film ma fajny klimat takiego małego nadmorskiego miasteczka, bardzo udane też były końcowe sceny koncertu (dziadek z tamburynem był mistrzem!), ale ogólnie to na pewno nie uznałam go za najlepszą tajwańską produkcję, bo widziałam wiele o niebo lepszych filmów stamtąd, którym "Cape No. 7" nie dorasta do pięt.
6,5/10


Wróć do „C-movie”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości